czwartek, 24 sierpnia 2017

Uwięziona w bursztynie - Diana Gabaldon


Podróżowanie w czasie jest bardzo popularnym motywem literackim i filmowym. Chyba najbardziej znanym przykładem są amerykańskie filmy pod tytułem "Powrót do przyszłości", ale przecież w czasie podróżował już Ebenezer Scrooge, chociaż ten pozostawał jedynie biernym obserwatorem swojej przeszłości i przyszłości. A na naszym polskim podwórku pojawił się film "Ile waży koń trojański", który również wykorzystał ten motyw. Dużą popularnością cieszą się także książki Diany Gabaldon z serii "Obca", które swoje podróżowanie w czasie opierają w dużej mierze na celtyckich wierzeniach oraz szkockich pieśniach i opowieściach.

Rok 1745. Jamie Fraser wraz z pochodzącą z przyszłości żoną Claire, po brawurowej ucieczce z więzienia z rąk nieobliczalnego kapitana dragonów Jonathana Randalla, udają się do Paryża, gdzie według doniesień przebywa książę Karol Edward, syn króla Jakuba Stuarta. Małżeństwo pragnie za wszelką cenę powstrzymać planowane przez księcia powstanie jakobitów w Szkocji, które według wiedzy Claire skończy się niepowodzeniem w kwietniu 1746 roku pod Culloden i będzie bardzo brzemienne w skutkach dla wszystkich Szkotów biorących w nim udział. Jednak niełatwo jest wyperswadować pomysł niezwykle zdeterminowanemu w przywróceniu swojego ojca, prawowitego króla, na brytyjski tron księciu Karolowi, tak aby jednocześnie nie zdradzić się z własnych przekonań na temat powstania. Jakby problemów było mało, gdy tylko Claire i Jamie postawili stopy na francuskiej ziemi, popadli w niełaskę hrabiego St. Germain, narażając go na wielkie koszta. Francuski arystokrata nie ma zamiaru puścić tego płazem.

O mojej wielkiej miłości do historii wykreowanej przez Dianę Gabaldon miałam już okazję pisać w recenzji "Obcej", pierwszej części ośmiotomowego cyklu o losach Claire i Jamiego Fraserów. Pokochałam ją dzięki serialowi "Outlander", niezwykle klimatycznej i wciągającej adaptacji tych książek. Przy okazji moje serce zostało skradzione przez odtwórcę głównego bohatera męskiego - Sama Heughana. Jednak, mimo mojej miłości, postaram się być jak najbardziej obiektywna w stosunku do "Uwięzionej w bursztynie", drugiego tomu serii "Obca". 
Mój opis tej powieści nie do końca oddaje budowę książki, gdyż tak naprawdę zaczyna się ona kilkoma rozdziałami mającymi miejsce w Szkocji w 1968 roku, jak również w ten sam sposób się kończy. Dowiadujemy się z nich, że Claire w jakiś sposób wróciła do swoich czasów, urodziła dziecko i spędziła dwadzieścia lat w Ameryce, gdzie pracowała jako chirurg. Jednak nie są nam znajome okoliczności jej powrotu. Jest to bardzo zręczny zabieg autorki, gdyż nurtuje nas to przez całe osiemset stron książki, w związku z tym bardzo trudno jest się powstrzymać od lektury. Dopiero po osiemdziesięciu stronach i pięciu rozdziałach przenosimy się do właściwych wydarzeń we Francji w 1745 roku. Na bardzo długo tracimy z oczu piękną, malowniczą i niezwykle klimatyczną, dziką Szkocję, nad czym ogromnie ubolewam, gdyż uważam, że właśnie w Szkocji tkwi największa zaleta i siła "Obcej". Osiemnastowieczny Paryż z pewnością nie jest takim pięknym miejscem, ale dzięki tej podróży możliwa jest chociażby niezwykle interesująca wizyta w Wersalu. I w tej scenerii Diana Gabaldon miała okazję pochwalić się swoją ogromną wiedzą historyczną, zielarską, medyczną.

Zazwyczaj nie lubię gdy w powieściach pojawiają się postaci autentyczne, ponieważ zawsze mam wtedy wrażenie, że książka jest przekłamana, nieprawdziwa, a opisywana postać w niczym nie przypomina samej siebie, okazuje się, że autora zbyt poniosła wyobraźnia i pojawia się bardzo dużo sprzeczności i błędów. A nie daj Boże, gdy są to jacyś monarchowie, bo przeważnie co nieco wiem na ich temat, a jak nie to z ciekawości sprawdzam i weryfikuję, tak więc książka najczęściej bardzo wiele traci w moich oczach. Jednak Diana Gabaldon po raz kolejny udowodniła, że nie jest pisarzem z przypadku, że bardzo starannie przygotowuje się do napisania swoich książek, wkłada w nie ogromnie dużo pracy, a nie tylko samo serce, jak to się ostatnio często zdarza. W "Uwięzionej w bursztynie" pojawiają się dwie postaci autentyczne. Jedną z nich jest wspominany już książę Karol Edward Stuart, najstarszy syn "króla za morzem" Jakuba, który chce odzyskać dla niego brytyjski tron. Jest więc przywódcą szkockiego powstania jakobitów, które skończyło się katastrofą pod Culloden w 1746 roku. Nie jest to okres w monarchii brytyjskiej, którym się interesuję, ale to widać, że postać Karola jest bardzo rzetelnie wprowadzona na karty powieści. Autorka wplotła wiele ciekawych faktów na jego temat, m. in. wyjaśniła, skąd się wzięło to nieszczęsne przezwisko "Karolek". Drugą autentyczną postacią był Ludwik XV, król Francji z dynastii Burbonów. Na monarchii francuskiej znam się jeszcze mniej, jednak mam nieco wątpliwości co do tej postaci w książce. Natomiast za bardzo interesujące uważam opisanie przez autorkę królewskiego "lever", a więc całego procesu związanego z powitaniem przez króla nowego dnia, włączając w to poranną królewską kupę, co działo się oczywiście na oczach poddanych, a wręcz z ich asystą.

Nie byłabym sobą, gdybym nie oceniła książki pod kątem romantycznym. I tutaj pojawia się u mnie trochę frustracji, z powodu tak ogromnej ilości scen miłosnych, łóżkowych. Gdyby wyciąć połowę z nich, to absolutnie w żaden sposób nie zaszkodziłoby to książce, ani nie wpłynęło na istotne jej wydarzenia. No szkoda. Naprawdę serce mnie boli, że muszę pisać takie przykre rzeczy o książce, którą bardzo lubię. Nie mniej jednak cały czas jestem pod wrażeniem tego w jaki sposób Jamie potrafi kochać. To jest coś niesamowitego. Powtórzę to co pisałam w poprzedniej recenzji: nie ma doskonalszego męskiego bohatera od Jamiego Frasera, ponieważ każdy inny w takiej sytuacji byłby przerysowany, nieprawdziwy, ale nie Jamie Fraser. Jest on nie tylko wymarzonym partnerem życiowym, ale też godnym podziwu przywódcą i żołnierzem.

O jeszcze jednej niezwykle irytującej rzeczy muszę wspomnieć. Chciałabym się dowiedzieć, po co tej książce aż pięć tłumaczek? "Obca" miała jedną i chyba największym zastrzeżeniem w jej kierunku było nagminne używanie słowa "sardoniczny", czego ja osobiście nie zauważyłam. Ale "Uwięziona w bursztynie" ma ich pięć! I można tu znaleźć analogię do znanego przysłowia: Gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść. Rozumiem, że ta książka jest dość obszerna, ale pięć tłumaczek wyrządziło jej tylko krzywdę. Właściwie dało się łatwo wyczuć, kiedy następowała zmiana warty, co jest niedopuszczalne. Miałam trzy stopnie tolerancji dla pracy tych pań. Pierwszy, kiedy to tylko zgrzytałam zębami - między poszczególnymi rozdziałami pojawiały się różnice w tytułowaniu głównych bohaterów: lord i lady Broch Tuarach, co jest wersją poprawną, oraz pan i pani Broch Tuarach. Drugi, gdy zgrzytaniu zębami zaczęło towarzyszyć wymowne sapanie, ktoś wpadł na szalony pomysł, żeby przetłumaczyć Jamesa Frasera na Jakuba Frasera, co się nie zdarzyło nigdy wcześniej i nigdy później... No i trzeci, kiedy krew mnie zalewała i to w dodatku nierzadko, gdy zamiast słowa "kilt" pojawiała się "spódniczka". Osobiście nie mam nic przeciwko nazywaniu kiltu spódniczką w dowcipnym kontekście, ale nie jako... nawet nie słowo zamienne a tłumaczenie.

Wydaje mi się, że bardzo skupiłam się na pokazaniu przywar książki, pomijając to jak wiele ma ona zalet. Po prostu uznaję to za oczywistą oczywistość. Jest to powieść niezwykle ciekawa i bardzo dobrze napisana. Pióro Diany Gabaldon charakteryzuje się dużą dbałością o szczegóły i malowniczym przedstawianiem scenerii. Teraz okazało się, że autorka całkiem nieźle radzi sobie także w scenach batalistycznych. Bohaterowie, którzy wyszli spod jej ręki są bardzo wyraziści, prawdziwi i wzbudzają, chociaż (dobra, przyznam to) Claire ma w sobie coś irytującego. Zawsze będę gorąco polecała tę serię!



UWIĘZIONA W BURSZTYNIE
"Dragonfly in Amber"
Diana Gabaldon
Data wydania: lipiec 2010 roku
Wydawnictwo: Świat Książki
Ilość stron: 838

MOJA OCENA: 8/10 (mocne)
PRZECZYTAŁAM: 22 sierpnia 2017 roku


Recenzja do przeczytania również tutaj: lubimyczytac.pl
Zachęcam do dawania plusików, jeśli podobała Wam się moja opinia o książce.


OKTAWIA PRZEMAWIA:
Tak w ogóle bardzo przepraszam Was za tak długą przerwę w blogowaniu. Prawdę mówiąc nie mam pojęcia, co się ze mną stało. Zaliczyłam mały spadek formy i nie byłam nawet w stanie patrzeć na bloggera. Ale w tym czasie przeczytałam kilka "grubasków" ("Uwięziona w bursztynie" jest jednym z nich) i mam nadzieję, że recenzje będą pojawiać się regularnie.

14 komentarzy:

  1. Z powieściami historycznymi jest dość ciężko, bowiem nie posiadają one zbyt wiele zwolenników, a mnie nie było dane bliżej zapoznać się z tym gatunkiem, lecz kierując się własnymi zainteresowaniami stwierdzam, że tego typu literatura mogłaby mi się spodobać. Dobrze, że natrafiłam na Twoją recenzję, bo okazuję się, że powyższy tytuł mnie zaintrygował. Szczególnie cenię sobie przedstawianie scenerii i budowanie klimatu opisanego miejsca, a z tego co zauważyłam pod tym kątem książka okazuję się być wręcz rewelacyjna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak! Diana Gabaldon naprawdę świetnie stworzyła tło i klimat dla swoich powieści. Koniecznie najpierw przeczytaj "Obcą", bo tych książek nie da się czytać nie po kolei.
      Mam nadzieję, że uda mi się Was trochę ponamawiać na powieści historyczne, gdyż ostatnio czytam ich coraz więcej.

      Usuń
  2. Na mnie czeka Obca, niestety już prawie rok! Nie mogę się za nią zabrać, muszę się w końcu zmotywować :)
    Pozdrawiam cieplutko

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na mnie "Obca" też długo czekała i dopiero serial zmotywował mnie do czytania, bo absolutnie zakochałam się w tej historii. Ta książka nie wygląda, ale jest naprawdę genialna. Przeczytaj koniecznie.
      Również pozdrawiam

      Usuń
  3. Zacznę od zdjęć - kiedy tak zestawiłaś okładkę w oryginale i po polsku zauważyłam, że choć "Uwięziona w bursztynie" to ładny tytuł, to w oryginale mamy "Ważkę w bursztynie". ;)
    Następnie, obiecuję, że z sardoniczny nie kłamałam!
    "Odwrócił się i zatrzymał w drzwiach, sardonicznie uśmiechnięty."
    "(...)włożył sobie ostatni kęs do ust i rozparł się na krześle, przyglądając mi się sardonicznie błękitnym okiem."
    "Uniósł jedną brew i uśmiechnął się sardonicznie"
    "Dougal uśmiechnął się sardonicznie."
    "Dougal siedział pod drzewem, trzymając się za ramię, i rzucał sardoniczne uwagi."
    "(...)otwierając przede mną drzwi z sardonicznym uśmiechem"
    "Stary Alec MacMahon stał za ogrodzeniem, mierząc nas sardonicznym spojrzeniem"
    "Wzięła się pod boki i spojrzała na nas sardonicznie."
    "W księżycowym blasku ujrzałam jego sardoniczny uśmiech."
    "Gwałtownie zacisnął pięści, popatrzył mi prosto w oczy i uśmiechnął się sardonicznie." To są cytaty - możesz mnie sprawdzić! :D
    Kolejne - kochana, ja tam w tej recenzji widzę zachwyty i kilka malutkich uwag, a w zasadzie jedną zupełnie uzasadnioną. ;) Poza tym - kochasz tę książkę. ;)
    Podsumowując, "Powtórzę to co pisałam w poprzedniej recenzji: nie ma doskonalszego męskiego bohatera od Jamiego Frasera, ponieważ każdy inny w takiej sytuacji byłby przerysowany, nieprawdziwy, ale nie Jamie Fraser. Jest on nie tylko wymarzonym partnerem życiowym, ale też godnym podziwu przywódcą i żołnierzem." uważam, że jesteś zdrowa i wróciłaś już do formy. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O matko! Jaki szalenie długi komentarz. Na Ciebie zawsze mogę liczyć, kochana :D
      Też zauważyłam różnicę w przekładzie tytułu. Uważam, że z tą ważką (btw. uwielbiam słówko dragonfly) byłoby może bardziej sensownie. Polski tytuł w pierwszej chwili nie kojarzy mi się z prezentem ślubnym, który Claire dostała od Hugh Munro w pierwszej części.
      Wierzę Ci z tą sardonicznością. O matko! Ile cytatów. Trochę mnie to przeraża. W drugiej części starałam się zwracać uwagę na tą sardoniczność i wyłapałam ją dokładnie RAZ.
      No kocham tę książkę i serce mnie boli, że musiałam dać jej 8/10. W nocy nie mogłam spać, bo mnie to gryzło.
      Wróciłam do formy, bo zachwycam się nad Jamiem? Ja nawet jak nie mam formy to się nim zachwycam. Jakbym była na łożu śmierci to bym go wołała! Kocham go! Ale widzisz, już mam sprawiedliwsze spojrzenie na Claire, która rzeczywiście momentami mnie irytowała.
      Tak jeszcze wrócę do rozmowy, którą kiedyś prowadziłyśmy u Ciebie. To podrzuciłam teraz mojej przyjaciółce "Obcą" i miała podobne zarzuty wobec niej co Ty, więc chyba coś w tym jest.

      Usuń
    2. Ja też uwielbiam słowo 'dragonfly'! ;) O, to ciekawe. Faktycznie. Wiesz, w pewnym sensie "Uwięziona w bursztynie" brzmi bardziej poetycko, ale z drugiej strony warto uwierzyć, że autor wiedział co robił nadając książce taki tytuł, a nie inny. W sumie to głupia sprawa zmienić tytuł, który okazuje się korespondować z treścią. :P
      Ja też tak mam z niektórymi książkami. Bardzo mi się podobają, ale po prostu nie mogę dać im 10/10, bo są np. napisane nie najlepszym językiem. Też przez to nie sypiam. ;)
      Pozwolisz, nie będziemy sprawdzać co będziesz krzyczeć na łożu śmierci. :P Uwierzę Ci na słowo. :P
      A na koniec - kochana zakochani są nieobiektywni. Takie prawo. :P

      Usuń
    3. Być może ta ważka w bursztynie ma jakieś drugie dno i odnosi się do Claire, czy coś w tym stylu, ale chyba nie drzemie we mnie poetycki duch i nie rozumiem za bardzo tej metafory...

      I tak staram się być jak najbardziej obiektywna, mimo mojej miłości do Jamiego i chyba to 8/10 dla książki jest najlepszym przykładem. Niestety, nie mogę nie być bezkrytyczna wobec niego i Jamie zawsze otrzyma ode mnie 10/10.

      Ja też bym wolała na razie nie sprawdzać, co się będzie działo, kiedy będę umierać.

      Usuń
  4. Ja przeczytałam tylko pierwszą część serii, drugą porzuciłam po 100 stronach. Nie pociągała mnie już tak jak jej poprzedniczka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten początek nie jest zbyt porywający. Przyznam się, że ja tę książkę zaczęłam czytać w maju, przeczytałam jakieś 200 stron i odłożyłam. Dopiero przy drugiej lekturze popłynęłam.
      Potwierdzam, że nie jest to część równie wciągająca co pierwsza. Brakuje jej szkockiego klimatu i przygód, dlatego "Uwięziona w bursztynie" jest bardziej powieścią historyczną niż przygodową w przeciwieństwie do "Obcej".

      Usuń
  5. Nie kojarzę tego błędu w tłumaczeniu imienia Jamesa ;P Ale to chyba dobrze, widocznie moje oczy automatycznie poprawiły tę usterkę ;P Dla mnie drugi tom był bardziej spokojny, co nie znaczy, że zły, aczkolwiek trzecia część podobała mi się bardziej.
    Ja jestem po czwartym tomie i kocham tę serię całym sercem, a Jamie... ech, facet idealny :D Przez Ciebie naszła mnie wielka ochota, aby kontynuować ten cykl i sięgnąć po "Ognisty krzyż", ale nie mam jej na półce :/ Trzeba będzie coś z tym zrobić ;)
    Pozdrawiam!
    houseofreaders.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To tłumaczenie było straszne! Gdy tylko znalazłam coś co mi się nie podobało, od razu byłam bardziej wyczulowa na kolejne błędy. A James stał się Jakubem, gdy Claire przedstawiała go mistrzowi Raymondowi.

      To, że trzecia część podobała Ci się bardziej, pozytywnie mnie do niej nastraja. Nie mogę się juz doczekać, aż się za nią wezmę.
      Z chęcią bym Ci pożyczyła Ognisty Krzyż - bydle ma prawie 1300 stron.

      Usuń
  6. Wolę historie, które toczą się we współczesnym świecie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, nie wiesz, ile wspaniałych historii przez to tracisz.

      Usuń