wtorek, 25 lipca 2017

W rytmie passady - Anna Dąbrowska


Nie od dziś wiadomo, że taniec wyzwala uczucia, pobudza zmysły, jest źródłem namiętności. Nic więc dziwnego, że tak wiele ludzi poddaje się jego czarowi i znajduje miłość w ramionach swojego tanecznego partnera. A przykłady można wyliczać bez końca: Johnny Castle i Baby z "Dirty Dancing", bohaterowie serii filmów "Step up", Danny i Sandy z "Grease", a z naszego rodzimego podwórka Hania i Wojtek z "Kochaj i tańcz".  Jednak są to typowo filmowe przykłady. Czas odnaleźć miłość w tańcu na książkowym podwórku. Polska autorka Anna Dąbrowska wyszła temu na przeciw i napisała "W rytmie passady", książkę w której łączy głównych bohaterów za pomocą eterycznej kizomby.


Julita Poll od dwóch lat przegrywa walkę z własnymi demonami, co skutkuje tym, że jest chyba jedyną warszawską dziewiętnastolatką, która nie ma życia towarzyskiego, nie umawia się z chłopakami, ani nie chodzi na imprezy. W dodatku panicznie boi się dotyku, co nazywa afenfosmofobią. Potrafi czerpać radość jedynie z kolorowanek i zajęć zumby, na które chodzi z kuzynką Olą. Na jednych z nich poznaje Marcela Ruckiego, tancerza oraz instruktora tańców latynoamerykańskich, który ma dla Julity nietypową propozycję. Mężczyzna chciałby, aby dziewczyna wystąpiła z nim w konkursie kizomby dla par składających się z zawodowego tancerza i amatora. Bardzo zależy mu na głównej nagrodzie, ponieważ pieniądze te mogłyby pomóc w leczeniu jego matki cierpiącej na raka trzustki. Jego nadzieje znajdują się w rękach Julity. Wszystko zależy od tego, czy dziewczyna odważy się wyjść ze swojej strefy komfortu, rzuci wszystko na jedną kartę i podda się emanującej lekkim erotyzmem, słodkiej kizombie.

"W rytmie passady" Anny Dąbrowskiej uchodzi w internecie za książkę, o której nie można przestać myśleć, za boleśnie piękną i niebanalną historię. Trudno znaleźć mniej pochlebną opinię na jej temat. Zaczęłam się zastanawiać, czy to dlatego, że książka jest faktycznie zachwycającą lekturą, czy może dlatego, że recenzentki boją się aktywnie działającej na lubimyczytać i facebooku Anny Dąbrowskiej. Przyznam, że ja się jej trochę boję, bo nie mam zbyt wiele dobrych i ciepłych słów na temat jej książki, ale nie mam też zamiaru nikogo oszukiwać co do moich wrażeń. Oceniłam "W rytmie passady" na cztery w skali dziesięciu, czemu lubimyczytac daje komentarz "może być", ale nie zgadzam się - zdecydowanie "nie może być". Nie zgadzam się na gloryfikację takich książek. Są to książki autorów (celowo nie użyłam słowa "pisarzy"), którzy mają ciekawe pomysły na historie, ale żadnego pojęcia o tym jak je wykorzystać.

Nie mogę odmówić autorce tego, że jej historia miała potencjał, bo miała. Jeszcze stosunkowo mało jest na naszym rynku polskich książek z gatunku New Adult. To się powoli zmienia, ale nie zalewają one na razie księgarni w takim stopniu, jak to się dzieje w przypadku zagranicznych tytułów. Czy historia Julity i Marcela jest czymś nowym, zaskakującym? Nie, jest jak każda książka New Adult, przepełniona ciężkimi przeżyciami obojga bohaterów, i to w dodatku takich, których doświadczyła już co najmniej połowa bohaterów tego gatunku. Ale motyw z tańcem dodawał jej świeżości, o którą ostatnio trudno. To to sprawiało, że "W rytmie passady" jawiło się jako objawienie. Anna Dąbrowska wykorzystała temat, na którym najwidoczniej się znała, bo było to czuć w każdym zdaniu, wykorzystała temat, który był unikalny, bo pierwszy raz spotkałam się z takim stylem tanecznym jak kizombra. Autorka zmusiła mnie do sprawdzenia, zainteresowania się czym ona jest. I mam wrażenie, że większość czytelników, tak jak ja, odpaliło youtube i sprawdziło, jak się to tańczy. Powiem tak, jest to taniec, który potęguje napięcie między tancerzami i to napięcie, te iskry pojawiły się też między Julitą i Marcelem, dzięki temu sceny taneczne były moimi ulubionymi. Ale nie można się opierać na samym pomyśle...

Nie można opierać się na samym pomyśle, trzeba jeszcze umieć w miarę przyzwoicie i plastycznie posługiwać się językiem, co nie do końca udało się Annie Dąbrowskiej. Na pierwszy rzut oka jej styl wydawał się być całkiem sympatyczny, lekki, idealny do przebrnięcia przez książkę w jeden wieczór. Ale w pewnym momencie autorka zaczęła atakować czytelników wyszukanym słownictwem, które do tego prostego, swobodnego języka, zabarwionego trochę slangiem młodzieżowym pasowało jak kwiatek do kożucha. Po prostu mieszanka wybuchowa, która momentami dawała efekt wręcz komiczny. Pojawiały się takie kwiatki, jak moja ulubiona "aparycja ruchowa dla kizomby". Ostatnio, gdy bawiłam się słownikiem, "aparycja" oznaczało tyle co wygląd fizyczny i może być co najwyżej atrakcyjna albo miła, ale o ruchowej pierwsze słyszę. Podejrzewam, że chodziło o predyspozycje ruchowe, do których może, oczywiście, należeć i aparycja. Na pocieszenie dodam, że można się przyzwyczaić do tego stylu i przez 2/3 książki, póki nie pojawiają się inne zakłócenia, zapomnieć, że coś w ogóle było nie tak.

Dlaczego do 2/3? A bo mniej więcej wtedy należałoby pokomplikować szyki głównym bohaterom, wprowadzić problem nie do przeskoczenia, niecną intrygę, która na chwilę załamałaby ich związek. Nie chcę zdradzać szczegółów fabuły, ale było źle. Autorka powyciągała jakieś brudy, nie wiadomo skąd. Tłumaczenia bohaterów były takie bezsensowne, nierzetelne, chaotyczne. Wydaje mi się, że bohaterka książki Stephena Kinga "Misery", Annie Wilkes, która już wiele nieprawdopodobnych rzeczy była w stanie zaakceptować, by tylko przeczytać dalsze losy swojej ulubionej bohaterki, byłaby zażenowana zakończeniem "W rytmie passady". Jestem do bólu świadoma, że jest wiele osób, których zachwyca takie zwieńczenie historii, że są bardzo poruszeni tym, jak to się potoczyło. Nie wiem, dlaczego. Jestem osobą, która łatwo się wzrusza i która nie boi się przyznać do tego, że płakała, ale tym razem mogłabym się popłakać jedynie ze śmiechu. To był bardzo tani i niefajny chwyt, który wręcz odbieram jako kpinę z ludzi postawionych w takiej sytuacji, bo po prostu strasznie banalizuje ich problemy.

A czy Wy spotkałyście się już z książką "W rytmie passady"?
Należycie do obozu entuzjastów tej powieści?

Pozwolę sobie powiedzieć, że przeczytałam książkę już tydzień temu, ale byłam tak wzburzona, że gdybym wtedy zdecydowała się spisać moje wrażenia, byłyby one zbyt prześmiewcze i niegrzeczne, więc postanowiłam nieco odsunąć to w czasie. Ale i tak nie do końca udało mi się powściągnąć emocje...

W RYTMIE PASSADY
Anna Dąbrowska
Data wydania: 24 kwietnia 2017 roku
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Ilość stron: 392

MOJA OCENA: 4/10
PRZECZYTAŁAM: 18 lipca 2016 roku

Recenzja do przeczytania także tutaj: lubimyczytac.pl
Zachęcam do dawania plusików, jeśli podobała Wam się moja opinia o książce.

8 komentarzy:

  1. Postać bohaterki, która pokrótce została opisana w krótki opisie fabuły jak najbardziej mnie zachęciła, gdyż jestem ciekawa jej życia. Trochę mniej już niestety w moich oczach jest atrakcyjny sam motyw tańca. Nigdy nie czytałam książki o takiej tematyce i nie mam zamiaru tego zmienić.

    Czasami wydaje mi się, że recenzenci boją się krytykować dzieła naszych rodaków czego dowodem są powszechnie dostępne aż za dobre opinie książki Dąbrowskiej. Cieszę się, ze idziesz na przekór i nie boisz się reakcji autorki. Kiedyś miałam bardzo przykrą sytuację związaną właśnie ze złą opinią jaką wystawiłam pewnej powieści polskiego autora. Pomimo tego mamy prawo wyrażać własne zdanie i nie powinniśmy być za to poniżani.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O to zupełnie na odwrót niż u mnie. Ja wolę taniec, bohaterkę nie koniecznie.

      Też mi się tak wydaje. Potem są różne śmieszne sytuacje jak szczucie recenzentki fankami. No cóż, to moja pierwsza recenzja polskiej autorki na blogu. Tak wyszło, że niepochlebna, ale mam nadzieję, że nie będzie zadymy. Wyrażam swoje zdanie i sądzę, że robię to konstruktywnie, nie wyciągam żadnych bzdur z rękawa. Chciałabym pozostać zawsze rzetelna na tym blogu i nigdy nie nie sprzedać wydawnictwom, zawsze pisać to co naprawdę uważam.

      Dzięki za wsparcie :D

      Usuń
  2. Sama tematyka już mnie odstrasza. A Twoja ocena dopełniła dzieła. Nie dla mnie - stanowczo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie jest to tematyka, która mogłaby podejść mężczyźnie, a więc wcale się Panu nie dziwię.
      Typowa Babska Czytanka - jej miejsce jest na moim blogu.

      Usuń
  3. Szkoda, że Tobie nie zbyt przypadła go gustu. Ja mimo wszystko planuję po nią kiedyś sięgnąć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Byłam bardzo sfrustrowana po lekturze tej książki, więc "nie zbyt" to lekkie niedopowiedzenie, ale musiałam książce oddać, że nie wszystko było tak złe...
      Przeczytaj. Każdy powinien sam sobie wyrobić zdanie na temat danej książki. Wielu osobom się podoba i nie potępiam ich za to... Jednak wydaje mi się, że pisanie pieśni pochwalnych (a to spotkałam na jednym z blogów) jest ogromną przesadą.

      Dziękuję za Twój komentarz. Miło mi Ciebie widzieć na swoim blogu

      Usuń
  4. Tak coś czułam, że to raczej książka z gatunku tych, która wychwalana jest pod niebiosa, ale jak dochodzi co do czego, to się okazuje, że nic w środku nie ma wartego uwagi

    Pozdrawiam!
    To Read Or Not To Read

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze podsumowane.
      Wiesz, wydaje mi się, że bardzo dużo czytelników dało się nabrać na taką jakby udawaną głębokość książki. Pojawi się jakieś ciężkie doświadczenie i od razu WOW jakie to głębokie, wartościowe, ileż się można z tego nauczyć. Wiadomo, wiele książek niesie ze sobą przesłanie o tolerancji, wybaczaniu, zrozumieniu, ale akurat nie ta.
      Porównałabym tę książkę do filmu z lat dziewięćdziesiątych z efektami specjalnymi, które mają robić wrażenie z powodu postępu techniki, bla bla bla, ale są godne pożałowania.
      Jednak nie mogę całkiem sprowadzić tego tytułu do parteru, bo magnetyzm gdzieś tam między bohaterami w tańcu się zrodził i trzeba to oddać.

      Usuń